ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

ŻAR I ŚWIATŁO

   Pożądamy i pragniemy zjednoczenia z Bogiem; musimy pożądać tej jedności - zniewala nas do tego najszczersza wewnętrzna konieczność. Dwie drogi po temu ukazuje nam sama dusza. Różnią się one między sobą, dochodzą jednakże do tego samego celu.
   Pierwsza droga zjednoczenia wiedzie przez poznanie i miłość.
   Poznawanie jest to tyleż, co jednoczenie się. Poznając te czy inne przedmioty, przenikamy je i wciągamy je w siebie; one stają się naszą własnością, cząstką naszego życia. Podobnież zjednoczeniem jest wszelka miłość: bynajmniej nie dążnością tylko ku zjednoczeniu, ale już samą jednością. Ile człowiek miłuje, tyle do niego należy.
   ALe taka miłość ma cechę szczególną. Często określamy ją mianem miłości "duchowej". Nazwa to niezupełnie trafna; wszak duchową jest też inna miłość, o której później będzie mowa. Przez tę nazwę rozumie się, że owa miłość powoduje zjednoczenie nie w byciu, ale w ruchu; w świadomości i usposobieniu.
   Czy znajdziemy dla niej może jaki kształt zewnętrzny? Jakieś podobieństwo?
   Owszem, i to przepiękne: żar i światłość.
   Oto przed nami stoi świeca, dźwigając jarzący płomień.
   Źrenica nasza dostrzega to światło, bierze je w siebie, jednoczy się z nim, a przecież go nie porusza, nie styka się z nim wcale. Płomień pozostaje sobą, źrenica też sobą, jednakże dokonywa się wewnętrzne zjednoczenie, chciałoby się rzec: złączenie wzajemne, pełne czci i czystości, bez żadnego zetknięcia i zmieszania, poprzestające na samym tylko widzeniu.
   Jest to głębokie podobieństwo owego zjednoczenia, jakie dzięki poznaniu odbywa się między Bogiem a duszą. "Bój jest prawdą" powiada Pismo święte. Kto poznaje prwdę, ten posiada ją w duchu. Bóg przebywa w myśli, która Go prawdziwie poznaje. Bóg żyje w duchu, który prawdziwie o Nim myśli. Przeto "poznawać Boga" znaczy tyle, co jednoczyć się z Nim, jak oko jednoczy się z płomieniem w oglądaniu światła.
   Z płomieniem możemy się jednoczyć jeszcze w inny sposób: przez żar. Odczuwamy go na twarzy, na ręce. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak on nas ogrzewa i przenika, a przecież płomień sam w sobie stoi nieporuszony.
   Taką jest miłość: żarem swym wiąże nas z płomieniem Bożym, a przecież nie porusza, nie dotyka go wcale. Albowiem Bóg jest dobry, a kto kocha Dobro, ono też żyje dlań w duchu. DObro jest moje, skoro je miłuję; a w jakiej mierze je kocham, w takiej mierze ono do mnie należy, aczkolwiek wcale go nie dotykam. "Bóg jest miłość - powiedział Jan święty - a kto mieszka w miłości, w Bogu mieszka, a Bóg w nim".
   Poznawać Boga i kochać Boga to tyle, co jednoczyć się z Nim. Dlatego to wieczna szczęśliwość będzie oglądaniem i miłością. Oznacza ona nie łaknące "stawanie u drzwi", ale najgłębsze bytowanie wewnętrzne, spełnienie i nasycenie.
   Już poprzednio widzieliśmy, iż płomień jest podobieństwem duszy. Teraz w nim rozpoznajemy jeszcze podobieństwo Boga żywego, "albowiem Bóg jest światłem i nie masz w Nim ciemności". Jak płomień wysyła światło, tak Bóg śle prawdę. A dusza przyjmuje w siebie prawdę i przez nią jednoczy się z Bogiem, jak nasza źrenica patrzy w światło i staje się przez nie zjednoczona z płomieniem. Jak zaś żar wysyła z siebie płomienie, tak Bóg śle dobroć grzejącą. Kto Boga miłuje, ten się z Nim jednoczy w dobroci, jak ręka i twarz z płomykiem, gdy odczuwają jego ciepło.
   Atoli płomień trwa w miejscu nieporuszony, czysty, dostojny. Tak jako powiedziano o Bogu, iż "mieszka w niedostępnej światłości".
   Świecący, żarzący się płomieniu, obrazie Boga żywego!
   I otóż teraz dobrze rozumiemy, czemu to podczas uroczystości Wielkiej Soboty świeca paschalna staje się symbolem Chrystusa - kiedy to diakon wśród radosnego śpiewu ogłasza jej płomień "światłością Chrystusową", lumen Christi, i gdy zapala się od niej światła w kościele, by wszędzie jaśniała i jarzyła się światłość i żar Boga żywego!

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

KADZIDŁO

   "Widziałem, jak anioł przyszedł, i stanął przed ołtarzem, mając kadzielnicę złotą. I dano mu wiele kadzenia... I wstąpił dym kadzenia z modlitew  świętych z ręki anioła przed Boga."
   Tak powiada Księga Objawienia.
   Ileż w tym wzniosłego piękna, gdy jasne ziarenka kadzidła padną na żarzące się węgle i gdy z rozkołysanego trybularza popłynie dym wonny! Jest to jakby melodia opanowanego ruchu i miłego zapachu. Czynność pozbawiona wszelkiego praktycznego celu, czysta jak pieśń. Piękna rozrzutność drogich klejnotów. Ofiarna, hojna, wszystkiego się wyrzekająca miłość.
   Tak było wtedy, gdy Pan siedział w Betanii, i gdy Maria, przyniósłszy słoik drogocennego olejku nardowego, wylała tę wonność na święte Jego nogi, wycierając je własnymi włosami, a woń napełniła dom cały. Ludzie ciasnego umysłu szemrali: "Na cóż ta utrata?" Ale Syn Boży odrzekł: "Dajcie jej pokój, uczyniła to na pogrzeb mój." Była to tajemnica śmierci, miłości, woni i ofiary.
   Podobnież ma się sprawa z kadzidłem: jest w nim tajemnica piękności, nie wiedzącej o żadnych korzyściach, ale powstającej samorzutnie. Tajemnica miłości, gorejącej i spalającej, przechodzącej nawet przez śmierć. Także i tutaj zatrzymuje się oschły umysł i pyta: Na co to wszystko?
   Jest w nim i ofiara woni, a wszak i Pismo święte powiada: Takie są modły świętych. Kadzidło jest symbolem modlitwy i to właśnie owej modlitwy, która nie myśli o żadnej korzyści; która nie pragnie niczego, lecz jawi się jak Gloria po każdym psalmie; która wielbi i pragnie Boga darzyć dziękczynieniem, "iż On jest taki wspaniały".
   Oczywiście do takiego symbolu niekiedy domiesza się i pewne kuglarstwo. Wonne obłoki dymu mogą sprowadzać przytłaczający nastrój tajemnicy, religijne omamienie zmysłów. O ile tak się zdarzy, tedy sumienie chrześcijańskie postąpi słusznie, stawiając swoje veto i zwracając się z modlitwą ku "Duchowi i prawdzie"; ono nas upomni, byśmy byli szczerzy i skromni. Ale w sprawach religijnych spotkać też można i pewnego rodzaju filisterstwo: pochodzi ono z ciasnoty umysłu i oschłości serca, jak to było z owym zrzędzeniem Judasza z Kariotu. W takich wypadkach modlitwa przeradza się w duchową interesowność: bywa dokładnie odmierzona i po mieszczańsku rozsądna.
   Ludzie tego rodzaju nic nie wiedzą o królewskiej pełni modlitwy, tej pełni, która pragnie hojnie szafować. Nie wiedzą, co to znaczy głębokie uwielbienie, nie wiedzą nic zgoła o duszy modłów, tej, która nie pyta "dlaczego" i "na co", ale wznosi się wzwyż, jako że jest miłością i wonią i pięknem.
   Im zaś więcej miłuje, w tym większym stopniu jest też ofiarą, a woń płynie z pochłaniającego ją ognia.

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

POPIÓŁ

   Na skarju lasu rośnie ostróżka. Jej ciemnozielone liście powyginały się w kapryśne skręty. Smukle wystrzela łodyga, giętka, a przecie mocno zbudowana. Kwiaty - jakby wycięte z ciężkiego aksamitu, a błękitna ich barwa lśni tak cudnym połyskiem drogiego klejnotu, iż całe powietrze wokoło wydaje się nią napełnione...
   A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś przyszedł nagle i zerwał ten kwiat, potem zaś, znudziwszy się nim, rzucił go w ogień. Cóż by się stało? Ot, minęłoby chwil kilka, a z całej tej jaśniejącej świetności pozostałoby tylko wąskie pasemko szarego popiołu.
   To samo, czego tu dokonał ogień w ciągu niewielu krótkich chwilek, czyni czas w stosunku do wszystkiego, co żyje: czy to będzie wytworna paproć, czy strzelista dziewanna, czy potężny pień dębu, lekki motylek czy rącza jaskółka, zwinna wiewiórka czy wół ociężały. W różny sposób to się dzieje: raz wolniej, raz prędzej; raz wskutek rany, kiedy indziej z choroby, to znów wskutek ognia lub głodu. Jednakże kiedyś każde kwitnące życie stać się musi popiołem.
   Z krzepkiej postaci pozostanie jeno sypka garstka pyłu, którą lada wiatr rozwieje; z jaśniejących barw - jeno szara miazga; z życia wzbierającego ciepłem i czuciem - marna, martwa ziemia. Mniej nawet niż ziemia: po prostu tylko popiół!
   Tak samo dzieje się i z nami. Jakiż dreszcz nas przejmuje, gdy patrzymy w otwarty grób i w jego wnętrzu widzimy - obok kilku szczątków kości - garstkę szarego popiołu.

Pamiętaj, człowiecze:
iż jesteś prochem
i w proch się obrócisz!

   Popiół jest oznaką znikomości. Znikomości naszej, nie cudzej. Naszej - więc i mojej własnej! Moją nietrwałość on mi ukazuje, gdy kapłan z nastaniem wielkiego postu kreśli mi na czole krzyż popiołem - niegdyś zielonych - gałązek z ubiegłej Niedzieli Palmowej:

Memento, homo,
quia pulvis es
et in pulverem reverteris!

   Wszystko staje się popiołem: dom mój i odzież, sprzęty i majętność, moje pola, lasy i łąki... I ten pies, który mi towarzyszy, i to bydlę w mojej oborze. Ta ręka, którą tu piszę, i oko, co mi pomaga w czytaniu, i całe ciało moje... Ludzie, których kochałem, i ludzie, których nienawidziłem, i ci wreszcie, których się obawiałem. To, co mi się na ziemi wydawało wielkim, i to, co małym, co godnym wzgardy... wszystko, wszystko stanie się popiołem...

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

OGIEŃ

   Późnym wieczorem jesiennym idziesz przez pole. Ciemno i chłodno dokoła. W martwej, rozległej pustce samotną czuje się dusza; całym swym żywym pożądaniem szuka czegoś, co mogłoby dla niej być oparciem, ale nic nie odpowiada na zew jej tęsknoty. Ogołocone z liści drzewa, zimny łańcuch gór, bezludny obszar równiny - wszystko zamarło!
   Prócz niej samej, nie ma żadnej istoty żyjącej w tym pustkowiu, jakie się ściele wokoło!
   Naraz na zakręcie drogi rozbłyska jakieś światełko... Czyż ono nie woła do nas z oddali? Czy nie wydaje nam się czymś oczekiwanym, koniecznym?
   Albo siedzisz o późnej godzinie w posępnym pokoju. Otaczają cię szare, obojętne ściany i nieme sprzęty domowe. Wtem słyszysz odgłos dobrze ci znanych kroków; czyjaś wprawna ręka zaczyna rozniecać ogień w piecu... We wnętrzu pieca odzywa się radosne trzeszczenie, płomień wzbija się wzwyż, a spoza otwartych drzwiczek pada czerwony odblask na cały pokój. Miłe ciepło rozlewa się wszędy... Prawda, jak wszystko od razu się zmieniło? Rzekłbyś, że we wszystko wstąpiła dusza. Zupełnie, jakby w przygasłym obliczu zbudziło się nagle życie.
   Tak, ogień jest pokrewny temu, co żyje; jest najczystszym wizerunkiem naszej żyjącej duszy, obrazem tego wszystkiego, co - żyjąc - przeżywamy w swym wnętrzu. Jest ciepły i świecący, zawsze w ruchu, zawsze ulatujący ku górze. Gdy patrzymy na płomień wzbijający się niestrudzenie w górę, podatny na każde tchnienie wiatru, a przecie nie dający się odwieść od swej dążności wzwyż, jaśniejący światłem i rozlewający strumienie ciepła, czyż wtedy nie odczuwamy głębokiego pokrewieństwa z owym czymś, co w nas samych również zawsze płonie i świeci i pnie się w górę, choćby nie wiem jak często było spychane w dół przez panoszące się wokoło siły przyziemne? A gdy widzimy, jak płomień przetwarza, ożywia i rozjaśnia całe swoje otoczenie, jak od razu staje się żywym ośrodkiem każdego miejsca, gdzie zabłyśnie - czyż nie jest to obraz jaśniejącego w nas tajemniczego światła, które zostało rozniecone na tym świecie, aby przenikać wszystko i dawać wszystkiemu siedlisko i przytułek?
   Tak jest, nie inaczej. Gorejący płomień jest obrazem naszego wnętrza, tego, co silne, co dąży wzwyż i jaśnieje, a więc: obrazem ducha. Ilekroć spotykamy płomień, mamy wrażenie, jakoby coś żywego przemawiało do nas w jego kłębieniu się i blasku. A ilekroć chcemy dać komuś znać o naszym życiu, gdy chcemy, by życie nasze nabrało wymowy, wówczas często rozniecamy płomień.
   Więc też rozumiemy, jak płonąć on musi tam, gdzie właściwie powinniśmy być zawsze: przed ołtarzem. Tam powinniśmy stać nabożnie i uważnie, skupiając całą swą żywotność, jasność i siłę w stronę tajemniczej i świętej Bożej bliskości. Jak Bóg się ku nam zwraca, tak myśmy powinni się zwracać ku Niemu. Tę powinność wyznajemy, zapalając tam mały ogienek jako obraz i wyrażenie naszego życia.
   Tym płomykiem w lampce wiecznej - czy zdajesz sobie z tego sprawę? - jesteś ty sam. On oznacza twoją duszę.
   Tak, oznacza twoją duszę... powinien ją oznaczać! Albowiem ziemskie światełko samo przez się nic jeszcze Bogu nie mówi: musisz przeto uczynić je wyrazem twego życia zwróconego ku Bogu. Tam, w pobliżu świętości Bożej, powinien znajdować się ten punkt, w którym dusza twoja goreje, gdzie cała się ożywia w Bogu, cała staje się płomieniem i światłem dla Niego. Tak całkowicie powinna tam się zadomowić, iżby cichy płomyk lampy był naprawdę wyrazem twego wnętrza.
   Staraj się o to. Nie łatwo ci to przyjdzie. Ale gdy się ku temu przybliżysz, wówczas po takich chwilach jaśniejącej ciszy będziesz mógł spokojnie wracać pomiędzy ludzi. Wtedy płomyk pozostanie na miejscu, w pobliżu świętości Bożej, ty zaś będziesz mógł mówić do Boga: "Panie, to moja dusza. Ona po wszystkie czasy jest przy Tobie".

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

WODA ŚWIĘCONA

    Tajemniczym żywiołem jest woda. Jest czysta i prosta; "wstydliwą" ją nazwał święty Franciszek. Jest skromna i bezpretensjonalna, jak gdyby sama przez się nie chciała nic znaczyć. Rzekłbyś, że z własnych celów wyzuta, istnieje tylko po to, by służyć innym, oczyszczać i pokrzepiać. Ale czy widziałeś ją kiedy stojącą cicho na wielkiej głębinie, gdy ciągnęła w swoją ton twą duszę i twoje uczucia? Czy zdałeś sobie sprawę, jak pełną tajemnicy była owa głębia? Jak wydawało ci się, że tam w dole woda pełna jest wszelkich cudów, zarazem powabniejsza i - bardziej złowroga?
   Albo czyś kiedy nadsłuchiwał, jak woda pędzi rozhukana, płynie i szumi, płynie i szumi bez ustanku? Albo może przyglądałeś się wirom, które kołują, burzą się i kłębią, porywając i chłonąc wszystko, co napotkają po drodze? Nieraz wtedy bije z wody moc jakaś melancholijna, rozdzierająca smutkiem serce ludzkie...
   Pełna tajemnicy jest woda. Prosta, jasna, bezinteresowna: gotowa oczyszczać to, co zbrukane, pokrzepiać to, co spragnione. Jednocześnie zaś jest niezgłębiona, niespokojna, pełna zagadki i przemocy: kusi i nęci w topiel, ku zgubie. Zgoła jakby symbolem była tych tajemniczych otchłani, a których wypływa zdrój życia i rozbrzmiewa zew śmierci; a można ją też nazwać symbolem samego życia, które wydaje się tak jasne, a bywa tak zagadkowe.
   Przeto rozumiemy, czemu to Kościół czyni wodę symbolem i pośredniczką Boskiego życia czyli łaski.
   Ze chrztu wyszliśmy niegdyś, jako nowi ludzie, "odrodzeni z wody i z Ducha Świętego", gdy umarł w nas i zaginął człowiek dawny.
   Wodą święconą, czyniąc znak krzyża św., zwilżamy czoło, pierś i ramiona. Ten prapierwiastek, zagadkowy i jasny, prosty i płodny, staje się tu i symbolem i środkiem nadprzyrodzonego pierwiastka żywotnego - łaski.
   Poświęcając wodę, Kościół oczyścił ją od drzemiących w niej ciemnych mocy. Nie jest to jeno próżny frazes! Kto ma duszę wrażliwą, ten już odkrył ów czar siły natury, jaki nieraz bije z wody. Jest że to tylko siła natury? Czyż nie ma w tym czegoś ciemnego, pozanaturalnego? W naturze, w całym jej bogactwie i pięknie kryje się też coś złego, demonicznego. Przytępiająca duszę kultura miejska sprawiła, że człowiek tak często nie ma wcale wyczucia w tym względzie. Ale Kościół wie o tym dobrze, przeto "oczyszcza" wodę od wszelkich czynników wrogich Bóstwu, "poświęca" ją i modli się do Boga, by ją uczynił narzędziem swej łaski.
   Gdy chrześcijanin wchodzi do domu Bożego, wówczas skrapia czoło, pierś i ramiona, czyli całą swoją istotę, wodą czystą i oczyszczającą, by dusza oczyściła się od zmazy. Czyż to nie piękny zwyczaj? Oto w znaku krzyża spotyka się tu łaska, oczyszczona z grzechu natura i człowiek spragniony czystości!
   Albo weźmy pod uwagę chwilę wieczornego zmierzchy. "Noc nie jest przyjaciółką człowieka" - powiada przysłowie. Jest w tym nieco prawdy. Dla światła jesteśmy stworzeni. Gdy gaśnie światło dnia i światło świadomości, człowiek, poddając się mocy snu i mroku, zwykł żegnać się znakiem krzyża św. i wodą święconą, symbolem wyzwolonej, oczyszczonej od grzechów natury, mówiąc tym samym: "Niech mię Bóg strzeże od wszystkiego, co ciemne!" A kiedy rankiem wstaje ze snu, z mroku i nieprzytomności, by rozpocząć życie na nowo, żegna się w ten sam sposób. Jest to jakby lekkie przypomnienie owej wody świętej, przez którą na chrzcie wstał ku światłości Chrystusowej. Wówczas w znaku krzyża spotyka się wybawiona dusza z wybawioną naturą.

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

ŚWIECA

   Jakież osobliwe przeznaczenie przypadło duszy naszej! Z wszystkimi sprawami świata tak jej się wiedzie, jak niegdyś pierwszemu człowiekowi, gdy Bóg kazał mi ponazywać zwierzęta: nigdzie nie znalazł się towarzysz jego bytu. Wobec wszystkich istot i rzeczy dusza ludzka miewa to poczucie: "Jestem inna". Żadna z umiejętności świata nie rozprasza w niej tej świadomości, żadne poniżenie jej nie wykorzenia: "Jestem inna, niż wszystko inne w świecie. Wszystkiemu obca, Bogu jedynie pokrewna".
   A mimo to dusza ma też niejakie pokrewieństwo z wszystkimi rzeczami. W styczności z każdą  z nich czuje się jakby u siebie w domu. Wszystko do niej przemawia: każda postać, ruch czy wyraz. A ona za ich pośrednictwem niestrudzenie usiłuje wypowiedzieć najgłębszą treść swej istoty, uczynić ją symbolem własnego życia. Gdziekolwiek spotka jakąś silną postać, czuje, że w niej wypowiada się coś takiego, co tkwi w niej samej.
   Nie jest tak w istocie? Tu właśnie tkwi podstawa do wszelkich porównań. Będąc każdej istocie obcą do głębi, dusza przemawia do niej: "To nie ja!" A jednocześnie wszystkiemu pokrewna w jakiś niewytłumaczony sposób, odczuwa rzeczy i zdarzenia jako wyrazy swego własnego bytu.
   Oto porównanie szczególnie piękne i wyraziste: świeca. Nie mówię co co prawda nic nowego: na pewno tobie samemu też nieraz przychodziło to na myśl.
   Przypatrz się, jak świeca osadzona jest w świeczniku. Szeroko i masywnie rozparła się podstawa, z której bezpiecznie wznosi się trzon świecznika, powyżej zaś wystrzela świeca, ciasno objęta kielichem i podparta wystającym obrzeżem. Niepostrzeżenie odmładza się jej postać: spoista i silna, choćby strzelała nader wysoko. Tak ona stoi wśród otaczającej ją przestrzeni, smukła, w niepokalanej czystości, a przecie ciepło stonowana w swym kolorze: przez jasny swój kształt wyróżniająca się z wszelkiego chaosu.
   Ponad nią chwieje się płomyk, a przezeń świeca czyste swe ciało przemienia w ciepłe, promienne światło.
   Czy wobec niej nie budzi się w tobie jakieś niezmiernie szlachetne uczucie? Spójrz, jak ona stoi niezachwianie w jednym miejscu, wyprostowana na całą wysokość, czysta i dostojna. Zważ, jak wszystko w niej mówi: "Jestem gotowa!" Jak ona stoi wytrwale tam, gdzie stać jej kazano, przed Bogiem. Nie uchyla się w niczym, w niczym nie zgina. Cały jej wygląd świadczy o zdecydowanym, przytomnym pogotowiu. Tak spala się ona w swym przeznaczeniu, niepowstrzymanie, stapiając się w żar i światło.
   Powiesz może: "I cóż sama świeca wie o tym? Przecież ona nie ma duszy!"
   Więc daj jej duszę!
   Niech ona stanie się wyrazem duszy twojej! Niech wzbudzi się w niej wszelka szlachetna gotowość: "Jestem tu, o Panie!" Wówczas owa strzelista i czysta postawa wyda ci się wyrazem własnego twego usposobienia. Niech cała twoja gotowość okrzepnie w prawdziwą wierność. Wówczas będziesz mówił w duchu: "Panie, w tej świecy oto ja sam stoję przed Tobą!"
   Nie uchodź z drogi swemu przeznaczeniu. Trwaj mężnie. Nie pytaj ciągle: "dlaczego i po co. To właśnie stanowi najgłębszy sens życia, by stapiać się w prawdę i miłość ku Bogu, jak stapia się świeca w żar i światło.

ZNAKI ŚWIĘTE - Romano Guardini

FURTA

   Już nieraz wchodziliśmy przez nią do kościoła, a za każdym razem ona coś mówiła. Czyśmy słyszeli tę mowę?
   I do czegóż służy ta furta? Może zadziwi cię to pytanie. Pomyślisz sobie: "do tego, żeby ludzie mieli którędy wchodzić i wychodzić"; odpowiedź przecie nie wydaje się trudna. Zapewne. Ale do wchodzenia i wychodzenia nie potrzeba aż furty! Ku temu służyłby byle jako otwór w ścianie, a mocna zapora z dylów i tęgich desek wystarczyłaby do otwierania i zamykania. Ludzie mogliby tędy wchodzić i wychodzić: byłoby to urządzenie tanie i odpowiadające celowi. Tylko... nie byłaby to "furta". Ta chce czegoś więcej, niż służyć prozaicznemu pożytkowi: ona przemawia.
   Bo oto, gdy przechodzisz przez jej odrzwia, budzi się w tobie uczucie: "Teraz opuszczam to, co było na zewnątrz świątyni; wchodzę do wnętrza". Po zewnętrznej stronie jest świat szeroki, piękny, pełen silnie tętniącego życia i pracy; ale nie brak w nim też rzeczy brzydkich i niskich. Świat ten ma w sobie coś z targowiska: każdy w nim biega tu i tam, na każdym kroku spotykamy blichtr i przechwałki. Nie chcemy nazywać świata pozbawionym świętości, choć mielibyśmy do tego niejakie prawo. Przez furtę natomiast wkraczamy w przybytek odgraniczony od gwaru i targowiska, cichy i błogosławiony: w sanktuarium, siedzibę świętości.
   Powiesz: wszystko jest dziełem i darem Boga. Wszędzie możemy Go spotkać. Każdą rzecz powinniśmy przyjmować z ręki Bożej i uświęcać ją myślą nabożną. To prawda. A mimo to ludzie od wieków zdawali sobie sprawę z tego, że niektóre miejsca są szczególnie uświęcone, wyodrębnione i przeznaczone Bogu.
   Furta kościelna stoi między światem zewnętrznym a wewnętrznym przybytku, między targowiskiem a świętością, między tym, co należy do całego świata, a tym, co poświęcone Bogu. Gdy kto przez nią przechodzi, ona przemawia do niego: "Pozostaw zewnątrz wszystko, co nie należy do wnętrza, wszystkie światowe myśli, pragnienia, troski, ciekawość i próżność. Wszystko, co nie poświęcone, pozostaw za progiem. Oczyść się, bo wstępujesz w miejsce święte".
   Nie wolno wbiegać pośpiesznie przez furtę! Winniśmy wchodzić przez nią powoli i otwierając furtę, jednocześnie otwierać nasze serce, by posłyszało, co ona mówi. Co więcej, powinniśmy przed nią zatrzymać się na chwilę, by nasze przechodzenie było krokiem oczyszczenia i skupienia.
   Ale furta mówi jeszcze coś więcej. Zwróć na to uwagę, że gdy przechodzisz, mimowolnie podnosisz głowę i oczy. Wzrok twój unosi się wzwyż i rozpościera w przestrzeni; pierś rozszerza się, w duszę wchodzi tchnienie wielkości. Wysokie sklepienie kościelne jest jakby obrazem nieskończonej wieczności, nieba, w którym sam Bóg mieszka. Prawda, że góry są jeszcze wyższe, że niezmierzony jest obszar błękitu ponad światem tam na zewnątrz. Ale tam wszystko jest otwarte, bez granic ni kształtu. Natomiast tu jest przestrzeń wyodrębniona przez Boga, dla Niego uformowana, przekształcona na obraz świętości. Patrząc na strzelające w górę filary, na szerokie, silne mury, na wysokie sklepienia, czujemy: Tak, to jest dom Boży, gdzie Bóg zamieszkał w sposób szczególnie bliski.
   A furta prowadzi człowieka w obręb tego tajnika. Ona mówi: "Odrzuć to, co małe, wraz ze wszystkim, co ciasne i trwożne. Precz wszystko, co przygniata człowieka i zniża go do ziemi! Wyprostuj pierś! W górę oczy! Miej duszę swobodną! Oto jest świątynia Boża, a zarazem obraz twój własny. Bo przecież zarówno ciało twoje, jak i dusza jest żywą świątynią Boga. Rozszarz tę świątynię, uczyć ją przestronną i wysoką!"
   "Podnieście się, wrzeciądze! Rozewrzyjcie się, wiekuiste bramy, iżby wszedł Król chwały" - wpła Pismo święte.
   Posłuchaj tego wezwania. Cóż ci pomoże dom z kamienia i drzewa, jeśli sam nie jesteś żywym domem Boga? Na cóż co się zdadzą wysokie sklepione portale i ciężkie podwoje rozwarte na oścież, skoro w tobie samym nie otwiera się żadna furta i Król chwały nie może wkroczyć do wnętrza?